Bartosz Kucharski: „Lubię ten hałas”

Charakterem i postawą w bramce prezentowanymi przez trzy lata spędzone w Ruchu zapisał się w pamięci kibiców „Cidrów”. W sobotę Bartosz Kucharski znowu zaprezentuje się radzionkowskiej publiczności. Tym razem w roli golkipera rywali – MKS-u Myszków. Zbliżające się hitowe spotkanie nadchodzącej kolejki uznaliśmy za okazję do tego, by porozmawiać z 25-letnim golkiperem, który z Radzionkowem rozstał się przed czterema laty.

Kibice obu drużyn odliczają czas do rozpoczęcia sobotniego meczu. Spodziewasz się wyjątkowej atmosfery?
Spotkają się kluby, którzy mają za sobą kibiców. Poznałem fanów Ruchu i wiem, że zawsze są z zespołem, a w tym starciu będą chcieli wyjątkowo mocno pomóc swojej drużynie. W Myszkowie też czeka się na sobotnią rywalizację. Lubię takie mecze, bo po to gra się w piłkę, by tym graniem dawać radość ludziom na trybunach.

W Radzionkowie dałeś się poznać jako osoba, której atmosfera takich spotkań nie deprymuje. Nie czujesz większej presji wychodząc na boisko przy głośnych trybunach?
Nie czuję tym bardziej, że przez kibiców Ruchu jestem miło wspominany. Z tego, co słyszę, również w Myszkowie jestem przez fanów doceniany. Taki mecz tylko mnie więc napędza. Lubię ten hałas na stadionie. On daje mi dodatkową motywację.

Przez trzy lata pobytu w Radzionkowie zżyłeś się z tutejszymi trybunami. Zdarzało się nawet, że sam siadałeś między najbardziej fanatycznymi kibicami, mocno się z nimi identyfikując. Dlaczego?
Mimo, że nie jestem z Radzionkowa, złapałem z kibicami wspólny język. Do dziś mam z niektórymi kontakt. Nie mam pojęcia, skąd to się wzięło. Dobrze się tam czułem, chciałem osiągnąć z „Cidrami” sukces. Na pewno dobrze żyłem z kibicami. Tworzą wokół klubu fajny klimat, dzięki temu o Ruchu jest głośniej pod wieloma względami. Radzionków to nie jest miejsce, w którym 50 osób pojawia się po to, by krzyknąć „co wy gracie?”, tylko przez 90 minut trybuny motywują, a nie tylko oglądają swoich zawodników.

Chciałeś osiągnąć sukces, ale zmieniłeś barwy na pół roku przed wywalczeniem awansu do III ligi. Skąd wówczas decyzja o odejściu do Rekordu Bielsko-Biała?
Było kilka składowych. Wydaje mi się, że jedną z nich były problemy finansowe. Innych nie chciałbym poruszać. Propozycję z III-ligowego Rekordu Bielsko-Biała dostałem już wtedy, gdy było wiadomo, że odejdę z Ruchu.

Awansowałeś więc do III ligi pół roku przed „Cidrami”. Grałeś sporo, okazało się, że to nie były dla ciebie zbyt wysokie progi. Wszystko w Bielsku ułożyło się po twojej myśli?
Pierwsze pół roku grałem mniej, tylko pięć spotkań. Trenerzy chcieli pewnie sprawdzić, czy w przyszłości będę w stanie dać jakość drużynie. Okazało się, ze byłem. Rywalizowałem z Krzysiem Żerdką, który dziś stoi w bielskiej bramce. To była mocna rywalizacja która sprawiała, że trener decyzje co do obsady bramki musiał podejmować na ostatnich etapach przed meczami. O moim odejściu z Bielska zdecydowały sprawy, na które nie miałem większego wpływu.

W Radzionkowie rywalizowałeś z kolei z Rafałem Strzelczykiem. Jako młodzieżowiec odważnie zadeklarowałeś, że przychodzisz grać, a nie siedzieć na ławce. Skąd wzięła się wtedy ta pewność siebie?
Moje podejście pewnie trochę się do tego czasu zmieniło. Byłem przebojowym młodzieżowcem. Czułem się mocny i pewny siebie przychodząc do Radzionkowa. To chyba pomogło mi w tym, że grałem dość regularnie. Widać, że Rafał też zrobił postępy. To dobry bramkarz, to z nim Ruch awansował, radził sobie w III lidze. Czytałem ostatnio, że charakteryzuje go nikła liczba popełnianych błędów. W pełni się pod tym podpisuję. Im dłużej byłem w Radzionkowie, tym trudniejsza była dla mnie walka o miejsce w składzie. Z tego co widzę i słyszę od kolegów z boiska, rywalizacja w bramce „Cidrów” pomiędzy nim, a Mateuszem Szukałą znowu jest bardzo zacięta.

Co z pobytu w Radzionkowie najmocniej zapadło ci w pamięć?
Wspomnień jest mnóstwo – i tych złych, trudnych i tych świetnych. Przychodzi mi do głowy mecz w Knurowie, który zakończył się pamiętną tragedią… Ale najważniejszym wspomnieniem będą baraże z LKS-em Bełk. Na Narutowicza przyszło wtedy mnóstwo ludzi, świetnie nas dopingowali i choć wówczas się nie udało, był to mecz z atmosferą, która dla mnie może się już długo nie powtórzyć. Ten baraż z jednej strony był fajnym przeżyciem, z drugiej sporym rozczarowaniem. Mieliśmy skład, który nie tylko powinien awansować, ale i spokojnie radzić sobie w III lidze. Takie nazwiska jak świętej pamięci Piotrek Rocki, Adam Giesa, Robert Wojsyk, grający do dziś „Trzciona”, czy obecny trener Ruchu Marcin Dziewulski – to było bardzo mocne zestawienie. Przegrany dwumecz z Bełkiem był rozczarowaniem nie tylko dla kibiców, ale i dla nas. Siedzieliśmy w szatni i nie dowierzaliśmy, że taką ekipą nie zrealizowaliśmy celu, który przyświecał nam w tamtym sezonie.

MKS Myszków słabo zaczął sezon, ale po kiepskim początku wspiął się na trzecie miejsce w tabeli. Skąd problemy u progu rozgrywek?
Na „dzień dobry” dostaliśmy zimny prysznic w Dąbrowie Górniczej. Nie spodziewaliśmy się, że rywal udzieli nam takiej lekcji. Później przyjechaliście do nas wy, szybko strzeliliście bramkę i choć staraliśmy się tego gola odrobić, skończyło się porażką. Potrzebowaliśmy wiary we własne możliwości. W pewnym momencie wszystko zaczęło iść z górki. Odnieśliśmy dziewięć zwycięstw z rzędu, napędzały nas te wyniki, a nasz młody skład przestał się zastanawiać nad tym, z kim gra, tylko wychodził pewny siebie na boisko.

Losy jesiennego meczu z Ruchem ważyły się do samego końca. Bohaterem okazał się Rafał Strzelczyk, który w końcówce obronił rzut karny. Jak wspominasz to spotkanie?
Tak, w 80. minucie Rafał obronił „jedenastkę” i zgasił nam wtedy światło. Czuliśmy, że możemy doprowadzić do remisu, ale kiedy w takim momencie nie strzelasz karnego, w końcówce wciąż walczysz, tylko z już podciętymi skrzydłami.

Opowiadałeś o waszej serii zwycięstw. Zakończyły ją rezerwy Rakowa Częstochowa. Uważasz, że to zespół, którego nikomu nie uda się już w tym sezonie dogonić?
Nie do końca. W piłce wszystko może się przecież wydarzyć. Dziś prowadzi Raków, ale za chwilę nawet on może się potknąć. Nigdy w sporcie nie można założyć, że coś jest pewne. Częstochowianie mają mocny zespół, ale da mu się przeciwstawić.

Ruch próbował to zrobić. Oglądałeś tamto spotkanie?
Oczywiście, że je kojarzę. Śledzę wszystko (śmiech). Nie grałem jeszcze w meczu, w którym działyby się takie rzeczy, jak w spotkaniu Radzionkowa z Rakowem II Częstochowa. Niektóre decyzje i zdarzenia w tym spotkaniu były wręcz abstrakcyjne.

„Cidry” starają się gonić lidera, MKS jest trzeci w stawce. Jaki cel w szerszej perspektywie stawia się przed wami w Myszkowie?
Kiedy przychodziłem do Myszkowa, naszym głównym celem było utrzymanie. Udało się to zrobić w dobrym stylu, bo ubiegły sezon finiszowaliśmy na piątej pozycji. W tych rozgrywkach robimy naprawdę dobrą robotę. Nie będę oryginalny – naszym celem jest wygranie każdego kolejnego meczu. Czy są większe aspiracje? Nigdy nie dostaliśmy odgórnie od zarządu informacji, że gramy o awans. Nikt tego celu nie narzucił, ale mamy grać jak najlepiej potrafimy.

Wiosnę zaczęliście od remisu z Unią Dąbrowa. Punkt zyskany, czy dwa stracone?
Objęliśmy prowadzenie, a później szybko straciliśmy dwie bramki. A skoro udało się to odrobić, trudno mówić o stracie punktów. Myślę, że tą zdobycz trzeba docenić.

Czego powinni spodziewać się kibice po sobotnim widowisku i dlaczego warto wybrać się na mecz Ruch Radzionków – MKS Myszków?
Przede wszystkim spodziewam się zaciętej walki i mocnego dopingu na trybunach. Z tego znany jest Ruch, tak zapamiętałem jego kibiców. Na boisku nikt przed nikim się nie położy. Oba zespoły składają się z charakternych chłopaków, którzy na placu gry zostawiają całe serducho. Warto przyjść na trybuny, bo myślę że stworzymy widowisko godne przeżycia i obejrzenia.

Rozmawiał: Łukasz Michalski