Marcel Różanka dla „Ciderlandu”: Tu przeżyłem swój najlepszy czas

– W Ruchu Radzionków grałeś przez ponad cztery lata. Jak podsumujesz ten okres?
– Na pewno ten okres na zawsze zostanie w moim sercu. Bo tu przecież przeżyłem najlepszy mój czas jako sportowiec. Ciepło będę wspominał sam klub, jako nastawiony na wynik, na ofensywną, widowiskową grę. Nigdy nie zapomnę piłkarzy i trenerów, z którymi współtworzyłem drużynę, i tej atmosfery w szatni. A była ona naprawdę wyjątkowa, a mam przecież porównanie z innymi klubami. Coś w klimacie tej radzionkowskiej szatni jest rzeczywiście szczególnego, bo kto by w drużynie nie grał, kto by nie był jej trenerem, to ta znakomita atmosfera zawsze będzie. Ale najbardziej w pamięci zostaną ludzie, którzy przychodzili na nasze mecze, i którzy tak dobrze mnie przyjęli, i okazywali mi wielki szacunek i sympatię. Za to jestem im bardzo wdzięczny i zawsze będę o nich tylko ciepło mówił. Na czele ze świętej pamięci Starszym, z którym wiele razy rozmawiałem, i który był do mnie niesłychanie pozytywnie nastawiony. Ale podobnie było też z innymi kibicami. Myślę, że oni widzieli we mnie człowieka stąd, zauważali to, że się zawsze angażuję na sto procent. A ja jako piłkarz musiałem wiedzieć – i dobrze by każdy piłkarz o tym wiedział – że jeśli nie żyjesz dobrze z kibicami, to jako piłkarz jesteś skończony. I ja kierując się tą zasadą niezależnie od wyniku zawsze byłem pierwszy przy kibicach, zawsze pierwszy przybijałem im piątki, zawsze z każdym byłem gotów porozmawiać. I naprawdę bardzo się w to szczerze wczułem, a dzięki temu zawsze czułem wielkie wsparcie trybun, które dodawało skrzydeł. Piłkarz nie może grać dla siebie, musi wiedzieć, że przede wszystkim gra dla tych kibiców, którzy kupują bilety na mecze, którzy jeżdżą za nim na wyjazdy. A jeśli chce tych kibiców rozpalić, to sam musi płonąć jak żywa pochodnia. Bo tylko w taki sposób mogą cię spotkać potem takie przepiękne chwile, jakie ja przeżyłem, gdy graliśmy z moim poprzednim zespołem na prezentacji drużyny Ruchu w Centrum Kultury Karolinka. Ja wtedy już rok nie byłem przecież piłkarzem Ruchu, a mimo to cała sala długo skandowała moje nazwisko. Łzy szczęścia mi w oczach stawały. Takich chwil się nigdy nie zapomina.