Brat kontra brat. Piłkarska pasja rodziny Nawrockich

Jeden postara się, by jego Śląsk Świętochłowice wreszcie zapunktował, drugi będzie chciał podtrzymać swoją strzelecką passę i pomóc Ruchowi Radzionków piąć się w górę ligowej tabeli. W sobotę naprzeciw siebie staną Jakub i Bartosz Nawrocki, a bój obu braci będzie śledzić ich tata i zarazem najwierniejszy kibic.

Wyczekany pojedynek

Na bezpośrednie starcie Kuba i Bartek czekają od dobrych kilku sezonów. Do tej pory „sprzed nosa” uciekły im trzy okazje. Najpierw, gdy młodszy z braci był jeszcze graczem RKS-u Grodziec, a starszy grał już dla Śląska Świętochłowice. Wtedy obaj nie podnieśli się z ławki. Wydawało się, że staną naprzeciwko siebie w poprzednim sezonie, wtedy jednak z gry wypadał Jakub – najpierw z powodu kartek, potem urazu.

Oglądaj na żywo mecz Ruch – Śląsk Świętochłowice w systemie PPV

Nie ma mowy o tym, by starszy z braci w kontuzje czy kartki uciekał w obawie przed starciem z bratem. – Absolutnie! Przed pierwszym meczem z Ruchem w poprzednim sezonie złapałem głupią kartkę, no a wiosną już kilka tygodni wcześniej wypadłem ze względu na uraz. Wszystko wskazuje na to, że wreszcie się uda i mocno czekam na ten mecz – mówi przed sobotnim starciem „Cidrów” ze Śląskiem Świętochłowice Jakub Nawrocki. – zapewnia obrońca Śląska. – Wreszcie powinno się udać i w końcu zmierzymy się o punkty. Problem ma chyba tylko tata, pewnie nie wie komu kibicować. Jemu pewnie pasowałby remis – zauważa snajper „Cidrów”. Ojciec obu zawodników rozwiewa jednak wątpliwości. – Bartkowi życzę, żeby trochę „naklepał”, Kubie, żeby to nie działo się po jego błędach – uśmiecha się Pan Lucjan.

Ojcowska jazda bez trzymanki

Głowa rodziny Nawrockich zamierza zjawić się na trybunach przy Knosały. Nic zresztą dziwnego – za swoimi synami jeździ w końcu tydzień w tydzień. – Trenował jeszcze trzeci z synów, wtedy jeździłem za całą trójką. Jazda bez trzymanki! Bywało, że na stadionie spędzałem po 5 godzin. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, dla mnie to było naturalne. Mój ojciec zaraził mnie pasją i miłością piłki, potem ja wciągnąłem w to synów. Teraz rośnie mi wnuk i już rozglądam się dla niego za korkotrampkami – mówi Lucjan Nawrocki.

Ojciec Bartosza i Jakuba od samego początku futbolowej przygody synów jest ich najwierniejszym kibicem. – Pasję i miłość do piłki przejęliśmy po nim. Umiejętności pewnie nie. Grał w A-klasie, nie zrobił kariery, to było raczej takie kopanie po czole. Przerośliśmy go – puszcza oko Jakub. – Żyje naszymi meczami. Przyjeżdża na 11:00 na Śląsk Świętochłowice, potem jedzie do Radzionkowa. Wyjazdów też stara się nie odpuszczać. Jest naszym fanem. Jego obecność pomaga, zawsze da jakąś fajną radę, albo wymienimy się spostrzeżeniami – dodaje po chwili już całkiem serio. – To, że jeszcze gramy w piłkę to duża zasługa taty. Zaraził nas tą pasją, którą dziś już z własnej woli kontynuujemy. Najbardziej cieszy się, gdy w terminarzu Śląsk gra o 11:00, a my później. Wtedy może spokojnie zdążyć na oba spotkania. Super, że mu się chce, że nam kibicuje. Dobrze mieć go po swojej stronie – potwierdza Bartosz.

Jak Lucjan Nawrocki zaszczepił w synach pasję do piłki? – Sam zawsze byłem „zboczony” na jej punkcie. Do dzisiaj gram, dwa razy w tygodniu bronię. Mimo, że mam już ze 120kg wagi, muszę iść „na piłę” bo bym zgłupiał. Od małego sam chodziłem na szpile do Chorzowa, na Cichą. Kubę na trening „Niebieskich” wziąłem jak miał sześć lat. W pierwszej klasie podstawówki powiedział, że trudno mu łączyć granie z nauką. Myślałem, że się przewrócę ze śmiechu. Potem poszedł do Stadionu. Był dobry, grał w starszych rocznikach, ale poszedł za kolegami do Józefki, choć był od tych kolegów lepszy. Bartek wybrał Stadion, bo też poszedł tam, gdzie zaciągnął go kolega. A moje serce krwawiło, bo chciałem ich widzieć w Ruchu Chorzów. Tak jednak wybrali, nie zamierzałem w to ingerować – wspomina ojciec.

Tata wspiera, ale bywa też dla synów surowym krytykiem. – Akurat siedzi obok mnie Kamil Kopeć, to na pewno może potwierdzić, że jeszcze w juniorach w Stadionie Śląskim jego teksty z trybun stały się kultowe. Myślę, że kogo byśmy nie zapytali z mojego rocznika, ze trzy hasła taty wymieni bez zastanowienia. Tata jest krytyczny kiedy trzeba, a kiedy trzeba to pochwali. Nigdy nie gryzie się jednak w język – przekonuje Bartosz.

Zawsze miał kopyto

Sobotnie spotkanie z pewnością będzie emocjonującym wydarzeniem dla całej rodziny Nawrockich. Na co dzień jednak każdy z „klanu” kibicuje naszemu Bartkowi, ciesząc się z jego wysokiej i równej dyspozycji. – Cieszy mnie jego forma i jestem z niego bardzo dumny. Uważam, że przerasta IV ligę i mógłby spróbować sił wyżej. Czemu nie zrobił tego do tej pory? Sam nie wiem… Może potrzebował odpowiednich ludzi, by nim pokierowali. Na pewno ma potencjał, by jeszcze coś w piłce ciekawego pokazać i ugrać. Kluczowym pytaniem może być to, czy on sam w to wierzy – przyznaje Jakub Nawrocki.

– Większy talent miał kiedyś Kuba, a Bartek był za to silniejszy. Jak młodszy z braci wziął się za uderzanie piłki, to bramkarze zamiast bronić, woleli się chować. Zawsze miał kopyto. Ma jednak taką psychikę, że jak usiądzie na ławie, to mocno to przeżywa. Trudno mu się z tym pogodzić, ciężko się pozbierać. Za to jak strzeli pierwszą bramkę, idzie jak taran po następne. Jest wtedy nie do zatrzymania – komentuje umiejętności młodszego syna Pan Lucjan. Cieszy się przy tym, że w Radzionkowie Bartek trafił na trenera Marcina Dziewulskiego, który poznał się na charakterze swojego snajpera i motywuje go do systematycznej pracy. – Bardzo dobrze! Widać, że w Ruchu Bartek pokazuje całkiem inne zaangażowanie, na dobre mu to wychodzi. Już w juniorach szybko pokazał się z dobrej strony, ale długo brakowało mu pracowitości. Leciał na talencie, nie ma co się czarować – nie owija w bawełnę ojciec. – Najwidoczniej to na niego działa. Bartek chyba potrzebuje przysłowiowego bata nad głową – potwierdza słowa taty starszy z braci.

„Nakryję cię czapeczką”

Czy sobotni mecz Ruchu ze Śląskiem jest w ostatnich dniach wiodącym tematem w rodzinie Nawrockich? Z pewnością, ale każdy zachowuje przy nim spokój. – Chłopcy chyba podchodzą do tego po bratersku. Jeden z drugiego cały czas szydzi, ale na zdrowych zasadach. „Młody, wiesz że i tak sobie nie pograsz? Nakryję cię czapeczką”, mówi Kuba, a Bartek na to: „Dobra, dobra, zobaczymy. Pewnie się kolego wystraszysz i zrobisz wszystko, żeby w ogóle nie zagrać przeciwko mnie”. Ale to wszystko w atmosferze żartu, bez poważnej napinki – śmieje się Pan Lucjan.

– Sam jestem ciekaw jak to będzie. Przez 90 minut będziemy rywalami, ale zaraz po końcowym gwizdku… chyba dalej będziemy braćmi. Nie ma między nami żadnych docinek. Bartek po prostu wie, że jutro zagra „na zero” z przodu – żartuje Jakub. – Tata mówi, że Kuba miał większy talent, ale jak było naprawdę, tego się już nie dowiemy. Gramy na różnych pozycjach, nie za bardzo pamiętam jak brat grał gdy sam byłem mały, a teraz to wiadomo, że ja jestem lepszy – ripostuje Bartosz. – Od zawsze te szpilki sobie wbijamy, docinki są na porządku dziennym. Nawet wczoraj pytałem jego żony po co Kuba trenuje, jak i tak jutro „dostaną”. Brat nie pozostaje dłużny. Taka nasza codzienność – zdradza napastnik „Cidrów”.

Święto u Nawrockich

Tak naprawdę Jakub i Bartek z serca wzajemnie trzymają za siebie kciuki. Obaj zapewniają, że panują między nimi świetne relacje. Choć… nie zawsze tak było. Kiedy byli jeszcze dziećmi, starszy niespecjalnie chciał pilnować młodszego na podwórku. – „Znowu musze tego małego brać?”. Nie było dyskusji: „A no musisz, musisz. Ktoś się młodym musi zająć” – opowiada Pan Lucjan. – Ja zawsze chciałem chodzić z nim na boisko, bo to była duża frajda, a dla niego to był dodatkowy obowiązek, który trochę przeszkadzał w spędzaniu czasu z kumplami. Jak już pozwolił mi pójść ze sobą, to grałem, ale tak naprawdę nie było tego grania zbyt wiele. Potem mieliśmy już osobnych znajomych. Dziś jednak nasze relacje są super – zaznacza Bartosz. – Rodzice trochę mi go „wpychali”, by brać go na dwór. Przyznaję, że nie robiłem tego zbyt chętnie. Był sporo młodszy, więc zawsze na to marudziłem. Dziś jest dla mnie bardzo fajnym bratem i super przyjacielem. Wyluzowany, lubi dobry żart, jestem z niego bardzo dumny – komplementuje Jakub.

W sobotę staną oko w oko, a ich starciem będzie emocjonować się cała rodzina. – Sam jestem ciekawy, jak to będzie wyglądało. Serce rozdarte! Mamusia przyjeżdża na mecz, ona na pewno chce remisu. Będzie też trzeci z braci. Szykuje się rodzinne święto! – nie może się doczekać Pan Lucjan, któremu… szykuje się „luźniejszy” weekend. W końcu tym razem wyjątkowo do obejrzenia ma tylko jedno spotkanie.

Autor: Łukasz Michalski