Marcin Trzcionka: „Przestrzegam, że buty mam naostrzone”

Minął „piłkarski rok” odkąd zawiesiłeś buty na kołku i zostałeś trenerem Ruchu Radzionków. Ten czas wystarczył, by przywyknąć do nowej roli?
Dziś przywykłem, ale nie ukrywam, że kusi, by jeszcze wrócić na boisko i pograć, bo robiłem to przecież od małego. Czuję się jednak odpowiedzialny jako trener za wyniki, organizację pierwszego zespołu i grę Ruchu Radzionków. Skupiam się na tych sprawach, więc brakuje czasu na to, by być w pełnym treningu. Nie jest to łatwa rola. Jest fajna, ale jednocześnie bardzo odpowiedzialna.

Na co w jej kontekście byłeś najmniej przygotowany, lub co okazało się najtrudniejsze w pracy trenera?
Nieprzewidywalne sytuacje. Niektórych rzeczy uczy dopiero doświadczenie. Na początku skupiałem się na sprawach, na które nie miałem wpływu. Zrozumiałem po czasie, że to nie ma sensu. Trzeba myśleć przede wszystkim o dobrym treningu, jakościowej taktyce i odprawie. W tej kwestii zaliczyłem spory progres, myślę, że to słuszna droga. Poza tym kiedy się planuje, zakłada się zwycięstwa, czy brak kontuzji. Tymczasem piłka nożna zaskakuje w każdym treningu i każdego dnia. Trzeba być gotowym na różne scenariusze – również porażki, z których płynie najwięcej nauki i wniosków.

Ponad rok temu zastąpiłeś tymczasowo Marcina Dziewulskiego, później „wskoczyłeś” na ławkę w miejsce zmagającego się akurat z chorobą Michala Farkasa. Mówiłeś wtedy, że to jest to, co chcesz w życiu robić. Ostatnie miesiące utwierdziły Cię w tym przekonaniu?
Jasne że tak! Piłka nożna to adrenalina. Rozwijam się jako trener i z tym zawodem wiążę swoją przyszłość. Nie ma dziś mowy o tym, bym zszedł z tej drogi. Sam ją wybrałem i biorę za nią pełną odpowiedzialność. Sprawia mi dużo radości, choć normalnym jest, że po niepowodzeniach niesie za sobą również sporo bólu.

Na przestrzeni miesięcy musiałeś podejmować wiele decyzji personalnych. Zarówno tych, dotyczących składu na poszczególne mecze, jak i kształtujących kadrę „Cidrów”. Fakt, że dla swoich zawodników jeszcze przed chwilą byłeś kumplem z boiska bardziej pomagał, czy utrudniał to zadanie?
Moim zdaniem to ułatwia. Ci zawodnicy czują się bardzo odpowiedzialni za zespół. Zawsze mogę do nich podejść i porozmawiać, działa to też w drugą stronę. Ta współpraca dobrze się układa. Oni też niejedno na boisku widzieli, więc byłbym głupi, gdybym nie korzystał z ich spostrzeżeń i pomysłów, a działał im naprzekór. Sztab i drużyna to jedność, która musi iść w obranym kierunku. Starszyzna wie, na co może sobie pozwolić, ale też zdaje sobie sprawę z tego, ile spoczywa na niej odpowiedzialności. Sprawdza się to na boisku.

Mam wrażenie, ze wiosna ubiegłego roku była dla Ciebie solidnym przetarciem przed latem, które stanowiło już prawdziwe wyzwanie. Niepewna sytuacja kadrowa przy reorganizacji ligi, bolesny początek pierwszego sparingu – to wszystko nie zasiało wątpliwości w sens całej misji?
Trzeba było wierzyć w siebie i ciężką pracę. Nie było wtedy innej drogi. Można było się załamać i siąść w kącie. Czułem jednak, że muszę podjąć wyzwanie. Na pierwszy sparing pojechaliśmy praktycznie w „jedenastu”, kadra krystalizowała się niemal do pierwszego meczu. Nasz budżet nie jest z gumy, ma swoje ograniczenia, ale w jego ramach udało się zbudować kadrę. Mówiłem sobie przed sezonem, że jeśli w tych okolicznościach na półmetku będziemy na bezpiecznych pozycjach, uznam to za małe mistrzostwo. Jesteśmy, a teraz chcemy pracować nad tym, by swoją lokatę jeszcze poprawić. Wierzę, że tak się stanie. Większość zawodników ma ważne umowy, tylko trzem zimą kończą się kontrakty. To ważne, bo latem trzeba było przedłużyć kilkanaście umów. Teraz też walczymy, by wszyscy zostali, choć to zadanie leżące przede wszystkim w gestii zarządu. Mam nadzieję, że wszyscy spotkamy się w styczniu na pierwszym treningu.

Latem spora część ligowej konkurencji chwaliła się spektakularnymi wzmocnieniami. Jakimi atutami Ruch Radzionków sprawił, że jesienią był w stanie stawić czoła każdemu rywalowi i bez kompleksów mógł podchodzić do kolejnych spotkań?
Ciężko się czytało, że do każdego klubu trafiali zawodnicy z wyższych lig, a drużyny jasno mówiły o swoich ambicjach. My nie mogliśmy zbyt wiele głośno powiedzieć. Myślę, że głównym atutem okazała się organizacja gry, dostosowanie modelu pod zawodników, którymi dysponujemy i poprawienie naszych poczynań w defensywie. Straciliśmy mało bramek, choć pozostaje mały niedosyt bo… mogło być ich jeszcze mniej. Myślę, że to klucze do tego, by ocenić rundę jesienną pozytywnie. Bylibyśmy jeszcze wyżej, gdybyśmy wykreowane okazje częściej zamieniali na gole.

To wszystko okraszone charakterem i atmosferę, którą buduje ta drużyna. Eksperyment z wpuszczeniem w trudnym okresie do szatni kamery klubowej telewizji i pokazania od środka jak działa ten zespół był trafiony?
Mam wrażenie, że kibice czasem bardziej czekają na kulisy i „mięso” z szatni niż same skróty spotkań. To jest coś nowego, świeżego, fajnie się to ogląda. Mi również, bo uczę się tego wszystkiego i nieraz sam, już na chłodno, mam okazję zobaczyć swoje zachowanie. W szatni emocji jest dużo i bywa, że niełatwo je kontrolować. Te kulisy pozwalają na wyciąganie fajnych wniosków. Cieszę się, że nasi kibice mogą zobaczyć, jak to działa od środka. Może nie pokazujemy wszystkiego, ale na pewno widać prawdziwe emocje. Złość, wolę walki, radość i to, jak chłopakom bardzo zależy na tym, by Ruch był jak najwyżej w tabeli, prezentując przy tym odpowiednią jakość.

Mijający rok pokazał również, że grupa ludzi, którym zależy na Ruchu Radzionków jest naprawdę duża – w szatni, klubie, na trybunach.
To prawda, dlatego każdej osobie, która wspiera nas na swój sposób, należą się słowa podziękowania. Ruch Radzionków to klub z dużymi tradycjami, w którym zawsze są wymagania. Dlatego powtarzam zawodnikom, że w Radzionkowie nie ma spotkań sparingowych, czy kontrolnych, bo po każdym jesteśmy oceniani. Jest się tak dobrym, jak ostatni mecz. Nie ma miejsca na odpuszczanie. Ruch to specyficzne miejsce, ci którzy są tu dłużej, wiedzą to od dawna, a gracze wchodzący do gry tą wyjątkowość poznają. Wszyscy cenimy sobie to, że w Radzionkowie gra się dla kibiców, na których można polegać. W gruncie rzeczy po to się to wszystko robi.

Sprawiasz wrażenie zdecydowanie spokojniejszego o przyszłość, niż latem.
Na pewno! Mamy grudzień, styczeń i luty na to, by szukać wzmocnień. Zawodników głodnych i ambitnych. Cały czas to robimy, bo chcemy dokooptować dwóch-trzech zawodników i solidnie zwiększyć rywalizację.

Wspomniałeś na początku, że ciągnie Cię czasem na boisko. Miałeś taki moment, w którym nawet pod wpływem chwili byłeś bliski wejścia do gry?
Mam w głowie, że najbliższe pół roku będzie bardzo istotne dla Ruchu Radzionków, wręcz decydujące o jego przyszłości. Jeśli zagwarantujemy sobie miejsce w tej nowej I lidze śląskiej, wejdziemy na wyższy poziom. Musimy to zrobić, więc wszystkie ręce i nogi na pokład. Mam jednak chłopaków głodnych gry i oni zasługują na pierwszeństwo.

Czyli furtka do tego, by Marcin Trzcionka „dobił” do czterystu występów w barwach Ruchu wciąż pozostaje uchylona?
Furtka jest, ale mam nadzieję, że nie będę musiał, bo zespół będzie wyglądał tak dobrze, że Marcin Trzcionka będzie mógł zza linii podziwiać poczynania chłopaków. Cały czas jednak przestrzegam Szymona Turczyna, że moje buty są naostrzone i musi być „pod prądem” (śmiech). Swoją drogą, w ostatnich treningach w listopadzie żyłka znowu się pojawiła i znowu zacząłem bić się z myślami, czy jednak nie dać z siebie czegoś również na boisku.

Na trenerskim „liczniku” minąłeś właśnie trzecią dziesiątkę. Uda się poprowadzić zespół Ruchu w tylu meczach, ile ich rozegrałeś?
Nie liczę tego bo wiem, że zawód trenera jest specyficzny. Dziś jesteś, jutro może Cię nie być. Inna sprawa, że jeśli nie ma wyników, to sam czuję się z tym bardzo źle, ale jednocześnie wiem, że mam wsparcie zarządu, prezesa i zawodników, a to pozwala wyciągać wnioski i poprawiać to co złe oraz zauważać i utrwalać to, co zadziałało.