Marek Zorzycki: „Czuję, że nie zawiedliśmy”

Wiosną 2024 objął stery Ruchu Radzionków, któremu wierny pozostaje od niemal 40 lat. Marek Zorzycki podjął się poprowadzenia „Żółto-Czarnego” okrętu, który wówczas był bliski katastrofy. Po kilkunastu miesiącach „Cidry” odzyskują stabilność i z optymizmem przystępują do kolejnego sezonu I ligi śląskiej.

Łukasz Michalski: Już od przeszło ponad roku jest Pan prezesem Ruchu Radzionków. Za klubem trudny okres. Czy okręt płynie w odpowiednim kierunku?
Marek Zorzycki (prezes Ruchu Radzionków): Gdy w kwietniu ubiegłego roku podjąłem się prezesury, zostałem rzucony na głęboką wodę. Trzeba było z dnia na dzień walczyć o wyjście z kryzysu. Pierwsze kroki trzeba było kierować do Urzędu Skarbowego, by odzyskać możliwość realnego prowadzenia działalności gospodarczej klubu. Bez tego nie mieliśmy nawet podstaw do regulowania sytuacji i pracy z kontrahentami. Walka o to trwała dwa miesiące, a w międzyczasie trzeba było szukać ugody również z ZUS-em. Początkowo nasze wnioski były odrzucane, trzeba było je poprawiać i udowadniać, że mamy realny plan na wyjście z sytuacji. Kawał dobrej roboty zrobili w wyprostowaniu tych spraw Patryk Pająk i Marcin Filipczyk, którzy dziś wraz ze mną są członkami zarządu klubu. Po zawarciu ugód, a później odblokowaniu klubowego konta, mogliśmy rozpocząć realizowanie planu systematycznej spłaty różnego rodzaju zaległych zobowiązań. Mówimy o ponad milionie złotych.

W międzyczasie trzeba było poskładać drużynę, przed którą stały wyzwania zreorganizowanej i silnej I Ligi Śląskiej. Miał Pan obawy czy to się uda?
Myślę, że patrząc z perspektywy czasu, sportowo zrobiliśmy w minionych rozgrywkach wynik ponad stan. W sportowe sprawy bardziej angażował się Patryk z Marcinem Trzcionką. Ja skupiałem się przede wszystkim na „papierologii” i utrzymaniu klubu na organizacyjnej powierzchni. Przed laty, po naszym wycofaniu z I ligi, byłem jednak w bliskiej współpracy z prezesem Marcinem Wąsiakiem, który wówczas musiał podejmować podobne kroki. Wtedy również trudno było stworzyć zarząd, nie było do tego chętnych. Z szaf wylatywały kolejne „trupy”, więc przeżyłem małe „de ja vu”. Marcin Wąsiak miał jednak o tyle prościej, że w pierwszym roku jego prezesury nie graliśmy w lidze. Można było więc intensyfikować działania na porządki i spłatę najważniejszych zobowiązań.

Wspomniał Pan, że w 2024 roku również brakowało chętnych do objęcia funkcji w zarządzie. Pojawiła się za to grupa ludzi, którzy pod hasłem „Teraz Nasz Ruch” zwarli szyki i wzięli się za pomoc w ratowaniu „Cidrów”. To było realne wsparcie?
To było wsparcie nieocenione! Nie podjąłbym się zresztą prowadzenia klubu, gdyby nie deklaracje pomocy ze strony osób, które mnie o to poprosiły. A poprosiły niemal „z dnia na dzień”. Kibice pomogli już w pierwszych dniach, bo to dzięki ich zbiórce mogliśmy w ciągu kilku dni zgromadzić środki na wypłatę dla drużyny i dać impuls do walki o naszą przyszłość. Mimo całej sytuacji byli gotowi pożyczać nawet prywatne pieniądze! Istotnym krokiem było wskrzeszenie biznesowego Klubu „Złoty Cider”. Cieszymy się, że znów w dobrej atmosferze spotykamy się z naszymi sponsorami, a do tego grona dołączają również przedsiębiorcy, dla których to pierwsza styczność z Ruchem. W trakcie całego procesu wychodzenia na prostą, który wciąż przecież trwa, dawaliśmy radę wspólnym działaniem. Jest grupa osób, spośród których każda ma swoje kompetencje i narzędzia, wykorzystywane na rzecz Ruchu. Chcę im podziękować, podobnie jak wszystkim pracownikom klubu, którzy zostali na pokładzie i z pełnym zaangażowaniem dają z siebie zdecydowanie więcej, niż można wymagać. Przed nami jeszcze kawał drogi do osiągnięcia celu, ale możemy z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że robimy wszyscy co możemy, by Ruch był klubem stabilnym i solidnym.

Trzeba było odzyskiwać zaufanie ludzi od których zależało, czy Ruch Radzionków dostanie szansę na podniesienie z organizacyjnego kryzysu. Udało się zbudować wiarygodność w oczach lokalnych władz i biznesu?
Mam nadzieję, że tak. Na pewno mogliśmy liczyć na duże wsparcie i przychylność Pana Burmistrza, Wiceburmistrza, Przewodniczącego Rady Miejskiej i wszystkich radnych. Przedsiębiorcy włączyli się w pomoc w ratowanie klubu, choć nieraz to zaufanie z pewnością było nadszarpnięte. Myślę, że sam położyłem na szali swoje nazwisko, bo po wielu latach pracy w klubie osobiście nie dałem tym osobom podstaw do tego, by mi nie ufali. Czuję, że za sprawą wspólnego działania całej grupy osób mogę dziś powiedzieć, że nie zawiedliśmy.

Po czwartym miejscu zajętym na finiszu ubiegłego sezonu apetyty przed kolejnym sezonem łatwo rozbudzić. Tymczasem Ruch jest wciąż na etapie wychodzenia z kłopotów. Czego potrzeba, by jasno deklarować realizację najbardziej ambitnych celów sportowych?
Podstawą jest utrzymanie całej, wykonanej przez ostatnie kilkanaście miesięcy pracy. Musimy pamiętać, że klub – jako podmiot – jest przedsiębiorstwem. Prowadzi działalność gospodarczą, a dziś jest uzależniony od realizowania deklaracji i zobowiązań względem urzędów państwowych. Nie wolno nam się potknąć, bo z dnia na dzień znów moglibyśmy znaleźć się na organizacyjnym dnie. Po zawarciu ugód mówimy o 20 procentach budżetu, miesiąc w miesiąc przeznaczanych na spłatę długów. Gdyby nie ten bagaż sytuacja byłaby z pewnością inna. Myślę, że w kontekście mocniejszego stanięcia na nogi kluczowy będzie najbliższy rok i wytrzymanie rygoru, jaki sobie nałożyliśmy.

Jest jednak w Radzionkowie ambitny sztab szkoleniowy i drużyna, która poczuła, że stać ją na wiele. Z pewnością jeśli nawet głośno nie zakładają celu w postaci awansu do III ligi, sportowe charaktery nie pozwolą im o niego nie zawalczyć jeśli nadarzy się okazja. Rozumiem, że „hamulca” Pan im nie założy?
Absolutnie! To jest sport, to jest piłka nożna, na koniec gra się po prostu o to, by wygrać. Co z tego wyniknie pokaże końcowa tabela. Chcę też podkreślić, że na ten trudny czas fantastyczną sprawą jest dla mnie możliwość pracy z takim trenerem i osobą, jak Marcin Trzcionka. Nieoceniona postać dla Ruchu Radzionków, która w swoim fachu wykonuje kawał świetnej roboty. Myślę też, że w poprzednim sezonie ludzie, którzy chodzą na mecze „Cidrów” nie mieli wątpliwości co do zaangażowania całej drużyny. Były emocje, były gole, było mnóstwo walki. Większość z tych zawodników na słowa uznania zasłużyła również dlatego, że zaufali nam w krytycznym momencie, zostali mimo że wielokrotnie wcześniej byli wystawiani na próbę. Trener znający realia klubu oraz piłkarze, którzy naprawdę ryzykowali sporo, decydując się na pozostanie w Radzionkowie, byli kluczowi dla sytuacji sportowej, w której dziś jako klub jesteśmy. Nie musieliśmy drżeć o ligowy byt, gdy większość rywali wciąż oglądała się za plecy, a do tego dali nam mnóstwo radości i dumy z kibicowania Ruchowi. I na to liczymy również w nadchodzących rozgrywkach.

Coraz większą część tej drużyny stanowią zawodnicy wychowani w Akademii Ruchu Radzionków i Szkole Mistrzostwa Sportowego. Współpraca nabiera rumieńców?
Myślę, że w tej kwestii mogę już mówić, że jest dobrze, a powinno być tylko lepiej. Myślę, że wszyscy jesteśmy zwolennikami zacieśniania tego partnerstwa, nie tylko w środowisku radzionkowskiego sportu, ale całego miasta.

To wszystko dzieje się w gruncie rzeczy dla ludzi, którzy dobro Ruchu Radzionków mają głęboko w sercach. Ich aktywność na trybunach, czy udział w akcji wspierania klubu za pośrednictwem platformy Patronite, chyba daje Panu mocnego „kopa” do codziennego działania?
To jest wyjątkowo budujące. Przecież to są ludzie, którzy ze swojej wypłaty decydują się przeznaczyć pieniądze właśnie na Ruch, pewnie nieraz kosztem innych przyjemności. W krytycznym momencie w ten sposób dosłownie nas ratowali, a teraz jako grupa pozostają jednym z największych sponsorów. Dają nie tylko kilka cennych procent w skali całego budżetu bo podkreślam, że w Radzionkowie wciąż każda złotówka ma ogromną wartość, ale przede wszystkim wyraz wielkiego zaufania i jedności w działaniu na rzecz tego, co przyświeca naszej działalności: dobra Ruchu Radzionków. Zaangażowani kibice, tworzący wyjątkową w skali ligi atmosferę na naszych meczach i zaangażowani piłkarze, którzy samym charakterem wyciągnęli już niejeden punkt sprawiają, że chce się to wszystko odbudowywać.

Sporo dzieje się wokół klubu, szerokim echem odbija się decyzja o zmianie herbu na symbol nawiązujący do lat największej świetności „Cidrów”. Ma Pan poczucie, że udało się stworzyć sytuację, w której Ruch Radzionków znów spotyka się nie tylko z zainteresowaniem, ale i sympatią?
Myślę, że ludzie widzą zmiany w naszym działaniu. Kolejni ludzie po latach pytają o Ruch, przedsiębiorcy znów decydują się go wspierać, a mieszkańcy miasta i okolic po prostu coraz głośniej nam kibicują. Herb to z kolei sygnał, że chcemy jednoczyć się jako środowisko, że słuchamy się wzajemnie i mocno identyfikujemy z radzionkowską tradycją. Chcemy udowadniać, że jesteśmy historią i wartością dla naszego miasta i tych, którym Ruch jest bliski. Osobiście do dziś noszę w sercu dumę z tego, że przed laty mogłem być częścią ekstraklasowych „Cidrów”. Ze znajomości z największymi gwiazdami tamtej drużyny, ze wspólnie przeżytych sukcesów i niepowtarzalnych chwil. Spełniałem przecież wówczas swoje marzenia!

Z Ruchem jest Pan większość swojego życia. To pewnie historia na solidną książkę?
Miałem dziesięć lat, gdy pojawiłem się w Radzionkowie. Wtedy stadion na Stroszku „pachniał” jeszcze nowością, robił wielkie wrażenie. Powiedziałem sobie: „muszę tam być!”. No i byłem. Krótko jako zawodnik, potem jako masażysta, kierownik, działacz i dziś jako prezes. W 1987 roku podjąłem pracę w kopalni, a wiosną zostałem włączony do kadry pierwszej drużyny Ruchu. Mija więc 38. rok mojego związku z tym klubem.

Można więc stawiać sobie cele na „czterdziestkę”! Gdzie widzi Pan Ruch za tych kilka lat?
Marzę o tym, by na jakimś swoim, choćby małym obiekcie. Mamy dziś miejsce na boisku Szkoły Mistrzostwa Sportowego, które trzeba dzielić z prężnie działającą Akademią. Są inspiracją, bo nieraz z zazdrością spoglądam w ich kierunku patrząc, w jaki solidny i systematyczny sposób rozbudowują i inwestują w tę działalność. Mam nadzieję, że równie konsekwentną drogą i my dojdziemy do miejsca, w którym Ruch będzie mógł rysować przed sobą ambitne, sportowe plany i z tą naszą rodzimą, radzionkowską tożsamością rozpychać się na piłkarskiej mapie regionu.

Przed nami sezon 2025/26. Czego – skupiając się już tylko na sporcie – oczekuje od niego prezes Marek Zorzycki?
Oczekuję od zespołu i sztabu podtrzymania dobrej pracy, emocjonujących meczów i… niech resztę przyniesie nam życie. Trzeba stąpać twardo po ziemi, ale i nie bać się marzyć. Mamy zespół, który w każdym meczu udowadnia, że chce być po prostu z dnia na dzień lepszy i wygrywać z każdym. To sportowcy, którzy sami dla siebie chcą się rozwijać i coś osiągnąć. Do kibiców apeluję z kolei o cierpliwość i wspieranie drużyny bez względu na to, jak będzie jej szło w poszczególnych spotkaniach. Zespół na to zasługuje. Nie róbmy w Radzionkowie niczego na siłę, bo przyglądając się sytuacji niektórych ligowych rywali łatwo znaleźć przykłady na to, że to do niczego nie prowadzi. A nam nie wypada kolejny raz popełnić tych samych błędów.