Trzymani pod prądem. „Nie tracimy wiary”

W piłce nożnej nie do przecenienia bywa „głowa” i to, z jakim nastawieniem wychodzi się na boisko. Ruch na teren lidera tabeli pojechał bez kompleksów i z planem, który skrupulatnie realizował do pierwszej, do ostatniej minuty spotkania. To pozwoliło w świetnym stylu wygrać z dotychczas niepokonanym u siebie Rakowem II Częstochowa.

– Jestem dumny z tej grupy ludzi. Z zawodników, sztabu, ludzi wokół klubu, którzy nam pomagają. Ciężko zapracowaliśmy na to zwycięstwo. Cały tydzień podporządkowaliśmy pod ten mecz. Świadomość piłkarzy, plan i jego realizacja – to powody, dla których jestem dumny z drużyny – chwalił podopiecznych kilka minut po zakończeniu starcia przy Limanowskiego trener Marcin Dziewulski. – Trener dużo czasu poswięca na to by nas motywować i – jak to mówi – trzymać nas pod prądem. Nawet, jeśli przedłuża się trening i czasem się pomarudzi, to to wszystko działa. Ta droga jest więc właściwa, co pokazał dzisiejszy mecz – zauważał Bartłomiej Gwiaździński.

Szatnia „Cidrów” na zewnątrz starała się tonować nastroje przed bojem z liderem. Ruch przegrał przecież tydzień wcześniej z Podlesianką, powiększył stratę do pierwszego w tabeli Rakowa, a co gorsza, miał spore problemy kadrowe spowodowane kontuzjami swoich kluczowych zawodników. Brakowało Miłosza Ćwielonga, Szymona Siwego i Rafała Kulińskiego, a rekonwalescenci – Szymon Cichecki i Michał Szromek – nie byli jeszcze w stanie pomóc kolegom z boiska. – Wierzę w tą grupę ludzi. Ktoś wypada, ktoś inny wskakuje i wiara w tego zawodnika jest taka sama. Dziś mieliśmy ogromne problemy jeśli chodzi o sytuację kadrową, ale zostawiliśmy to wewnątrz drużyny. Wszyscy to rozumieli, poradziliśmy sobie z trudnościami. To kolejna trudność w naszej przygodzie, która staje się cennym momentem. Piłka nożna to sport, w którym zawsze musi być wiara. Dzisiejszy mecz pokazał, że jej nie tracimy. Robimy swoje najlepiej, jak potrafimy i wyciągamy lekcje z każdej sytuacji – i tej lepszej i gorszej – zaznacza trener Dziewulski.

Ruch rozpoczął więc spotkanie z Rakowem bez optymalnego składu, za to z determinacją i pomysłem, który realizował perfekcyjnie. – Na pewno wiele zależy od głów. Od morale, przywrócenia wiary w siebie. Porażka nas bolała, ale chcieliśmy wrócić do równowagi i zrealizować plan na mecz z Rakowem. Byliśmy dziś zjednoczeni i zorganizowani. Bardzo mocno pracowaliśmy na punkty z liderem – mówi szkoleniowiec „Cidrów”. – Trener przez cały tydzień ukierunkowywał nas na to, jak chce byśmy grali. Nie mogliśmy grać przesadnie otwartej piłki. Po pierwsze rywal gra na swoim boisku, które jest większe od naszego, więc trzeba było się najpierw zaadaptować. Poza tym mamy dużo urazów zawodników, z Rafałem Kulińskim na czele. Jest naszą wiodącą postacią i trzeba było się przeorganizować. Być może dlatego trochę oddaliśmy piłkę rywalowi, ale to był nasz plan, by zaskoczyć ich atakiem szybkim i to się udało – zdradza „tajniki” przygotowań do meczu z liderem Gwiaździński.

Mecz w Częstochowie był jednym z najlepszych, jakie „Cidry” rozegrały w tym sezonie. Inna sprawa, że radzionkowianie dobrze wypadli już w pierwszym starciu obu ekip. Wówczas jednak nie popisał się arbiter, którego błędy w wymierny sposób wpłynęły na wynik tamtego starcia. – Gdyby nie decyzje, na które nie mieliśmy wpływu, pierwszy mecz – przede wszystkim pierwszą połowę – też oceniłbym jako dobry. Dziś nic nas nie wybiło, od początku do końca zagraliśmy dobre spotkanie. Oba mecze będą tymi, do których będziemy chcieli jak najczęściej nawiązywać. Wyszliśmy dziś z wiarą w swoje umiejętności i to, co prezentujemy jako drużyna. Zachwiał nami trochę mecz z Podlesianką, choć myślę, że nie zagraliśmy z nią słabego meczu, ale nic nie chciało tego dnia wpadać. Przyjechaliśmy do Częstochowy ze stratą siedmiu punktów do Rakowa, ale chcieliśmy, by ta walka o awans trwała. Zrobiliśmy wszystko, by tu wygrać i wygraliśmy – jasno stawia sprawę „Gwiazdka”.

Pomocnik Ruchu swoją cegiełkę do sukcesu w Częstochowie dołożył m.in. asystując przy golu Bartosza Nawrockiego oraz… motywując kolegów z drużyny obchodzonymi w dniu meczu urodzinami. – Od dwóch, trzech tygodni powtarzałem chłopakom, że musimy wygrać, bo mam urodziny. Nałożyłem presję na zespół, siedziałem na nich podwójnie mówiąc, że co by się nie działo, jedziemy po zwycięstwo – uśmiecha się Gwiaździński.