Wojownik z charakterem. „Gdyby nie Ruch, nie wiem czy grałbym w piłkę”

– Myślę, że wszystko idzie w dobrą stronę. Na dniach będę odkładać kule i wszystko powinno pójść do przodu – mówi z optymizmem Szymon Cichecki. Piłkarz, który kilka tygodni temu przeszedł operację kontuzjowanego kolana ma nadzieję, że wiosną uda mu się dojść do pełnej dyspozycji. W powrocie do formy otrzymał pełne wsparcie klubu i drużyny.

Szymon Cichecki do Radzionkowa trafił nieco ponad rok temu, w trakcie trwania sezonu 2020/21. Początkowo wracał do zdrowia po kontuzji odniesionej jeszcze w barwach Szombierek Bytom. Wraz z upływem czasu jego forma zwyżkowała, a zawodnik udowadniał, że warto było na niego stawiać. – Czekałem na swoje szanse, później zaczynałem je wykorzystywać, wszystko szło w dobrą stronę i…. stało się to, co się stało – żałuje 25-latek.

Cios w Kosztowach

Był 8 maja, pogodne popołudnie. Cichecki zadomawiał się w wyjściowym składzie „Cidrów”, przeciwko Unii znowu wyszedł w podstawowej jedenastce. Nic dziwnego – kilka dni wcześniej rosnącą formę potwierdził trafieniem ustalającym wynik zwycięskiego starcia z AKS-em Mikołów.

Na boisku w Mysłowicach pobiegał raptem 3 minuty. Później padł na murawę z grymasem bólu i w pełni świadomy, że uraz który to spowodował z pewnością jest poważny. – Pierwsze myśli? Byłem załamany. Od razu przypomniała mi się poprzednia kontuzja i już wiedziałem, że wszystko będzie trzeba robić od nowa. Pierwsze dni i tygodnie po operacji czułem się wówczas jak niepełnosprawny. W każdej czynności trzeba było liczyć na pomoc innych. No i wiedziałem, że znowu czeka mnie przerwa w treningach – wspomina utalentowany skrzydłowy.

Przerwa w treningach faktycznie miała być długa, diagnoza wcale jednak nie była najgorsza. – Okazało się, że więzadło jest naderwane. Rezonans wskazywał że jest źle, ale lekarz zalecił mi jeszcze artrometrię, czyli badanie sprawdzające wydolność więzadła. Wyszło na to, że chora noga jest tylko nieznacznie słabsza od zdrowej. Kolejny rezonans wykazał poprawę. Po konsultacjach z kilkoma lekarzami zapadła decyzja, by próbować rehabilitacji bez operacji. Miałem mieszane odczucia, bo obawiałem się, że to w końcu „strzeli”. Ale kiedy po wielu tygodniach zacząłem już trenować, zarówno fizycznie jak i psychicznie czułem się bardzo dobrze. W środę miałem zagrać z Gwarkiem, a w poniedziałek… dostałem drugi cios – opowiada „Cichy”.

Naprawa kompleksowa

Po czterech miesiącach rehabilitacji wyglądało na to, że Szymon wraca do pełni sił i jeszcze jesienią pomoże drużynie w walce o ligowe punkty. Pierwszym boiskowym przetarciem miało być pucharowe starcie z Gwarkiem Tarnowskie Góry. Miało, bo na jednym z treningów poprzedzających to spotkanie plany znowu wzięły w łeb. – Dostaliśmy od lekarzy i fizjoterapeutów zielone światło do wprowadzania Szymona do gry. Wszystko wydarzyło się w błahej sytuacji. Spojrzałem tylko „Cichemu” w oczy i razem z drużyną wiedzieliśmy, co się wydarzyło. Przeszyło nas współczucie. Ten chłopak nie zasługuje na coś takiego – mówi trener „Cidrów”, Marcin Dziewulski.

Tym razem szybko stało się jasne, że operacja lewego kolana będzie niezbędna. Cicheckiemu pękła łękotka. Staw kolanowy był zupełnie zablokowany, przez co zawodnik nie mógł choćby ruszyć nogą. Rezonans wskazywał co prawda, że więzadło wcale nie wyglądało źle, ale uraz łękotki i tak wymagał zabiegu. – W rozmowie z lekarzem poprosiłem, aby przy operacji ocenił też jaki jest stan więzadła. Gdyby i tu interwencja okazała się niezbędna, chciałem to zrobić za jednym zamachem – tłumaczy Cichecki. W trakcie operacji był znieczulony od pasa w dół, więc na bieżąco otrzymywał informacje od lekarzy. – No i okazało się, że wcześniej rezonans trochę oszukiwał. Wzdłuż więzadła wytworzyła się po prostu blizna i na obrazie wyglądało to tak, jakby to więzadło się odbudowało – wyjaśnia zawodnik.

Tym razem leczenie kolana miało więc charakter „kompleksowy”. „Naprawiono” łękotkę i zrekonstruowano więzadło. – Mam nadzieję, że teraz wszystko co miało być zrobione jest już zrobione – śmieje się „Cichy”.

„Cidry” trzymają się razem


Od momentu odniesienia kontuzji przed meczem z Gwarkiem do interwencji lekarza minęło raptem kilka dni. Scenariusz szybki, ale… wcale nie taki oczywisty. – Gdybym był teraz w innym klubie to… nie wiem czy jeszcze grałbym w piłkę. Na tym poziomie rozgrywkowym na pewno nigdzie indziej tak by to nie wyglądało, a śmiem wątpić, czy i wyżej miałbym zapewniony taki komfort. Moje leczenie kosztowało kupę kasy. Tymczasem reakcja prezesa była natychmiastowa. Niczym nie muszę się martwić, leczę się i rehabilituję u najlepszych specjalistów – podkreśla Cichecki.

– Nie wiem jak jest w innych klubach, wiem jak jest i ma być w Radzionkowie – stanowczo stwierdza prezes Witold Wieczorek. Mimo, że dla klubowego budżetu „Cidrów” wyłożenie „na już” kilkunastu tysięcy złotych było sporym wyzwaniem, szef klubu zapewnił zawodnika, że ten może być pewny wsparcia. – To prawda, że operacja nie była tania i pewnie żadnego z IV-ligowców nie byłoby stać na jej sfinansowanie. To łańcuch ludzi dobrej woli sprawił, że udało się pomóc. Bez specjalnego wsparcia sponsorów byłoby to niemożliwe. Przy wydawaniu pieniędzy musimy liczyć każdą złotówkę, ale to w końcu „Żółto-Czarna” rodzina, która nikogo nie zostawia z problemem samego – deklaruje Wieczorek.

– Prezes wykonuje w tej sytuacji całą robotę. Przychodząc do klubu prosiłem, by zawodnicy w Ruchu czuli się potrzebni i ważni. Zwłaszcza w trudnych momentach. Takimi momentami są porażki i słabsza forma, ale też kontuzje. Chciałem, by nikt z naszego zespołu nigdy nie zostawał w takich sytuacjach sam. Prezes Wieczorek podszedł do tego bardzo profesjonalnie, zawsze można na nim polegać. Z Szymonem było to samo – od razu usłyszałem, że będzie miał pełne wsparcie. Prezes powalczył o środki na operację i rehabilitację. Za punkt honoru wziął sobie, że Ruch w jego wydaniu ma gwarantować zawodnikom poważne traktowanie – chwali postawę szefa trener Dziewulski.

– Cały czas powtarzam, że wszyscy jedziemy jednym czołgiem. Każdy zawodnik może liczyć na pomoc i nikt nikogo nie zostawi samego. Mam nadzieję, że wszyscy o tym wiedzą. Tylko budując ekipę w taki sposób by zawsze trzymała się razem, jesteśmy w stanie zmierzać po duże cele. Bo jak jedno koło odpadnie z tego wozu, to daleko nie pojedziemy – tłumaczy Witold Wieczorek.

Wojownik z charakterem

Cichecki jest już kilka tygodni po operacji. Zapewnia, że nawet na moment nie wątpił w sens walki o powrót na boisko. – Nie miałem w głowie zwątpienia w to, czy będę jeszcze mógł grać w piłkę. Zresztą nie pozwoliłaby mi pewnie na to rodzina i dziewczyna. To kolejne osoby, którym wiele zawdzięczam. Wspierali mnie w najtrudniejszych momentach, pomagali wtedy, gdy sam nie mogłem nic zrobić – zaznacza Cichecki.

Póki co jego leczenie przebiega zgodnie z planem. – Zawsze mówi się, że na zakończenie rehabilitacji potrzeba pół roku, ale ja nie chcę wyznaczać sobie konkretnej daty. Ważne, by wszystko zrobione tak, jak trzeba. Czasem udaje się to przed, a czasem po terminie – dmucha na zimne zawodnik. Wie co mówi, bo dwa lata temu przechodził już rekonstrukcję więzadła w drugim kolanie. Wtedy poszło… całkiem szybko – Po 3,5 miesiąca dostałem zgodę na rozpoczęcie treningów. Liczę na to, że teraz też pójdzie szybko tym bardziej, że dotychczas wszystko wygląda nieźle – uśmiecha się „Cichy”.

Mimo, że o stawkę nie zagrał już przeszło pół roku wciąż może czuć się pełnoprawnym członkiem zespołu. – Nikt nie dał mi poczuć, że jestem z boku. Wiem, że na mnie czekają. To miłe i działa motywująco. Chcę wrócić na boisko i odwdzięczyć się za wszystko. Tu nie chodzi nawet tylko o kwestie finansowe. Prezes, pan Arkadiusz Sakałus z Mega Invest Poland, trener, koledzy, ludzie z klubu – wszyscy na bieżąco pytają co u mnie, czy wszystko jest w porządku, czy czegoś nie potrzebuję. Aż brakuje mi słów – zawiesza na moment głos Cichecki.

W Radzionkowie co do przyszłości swojego zawodnika nie mają wątpliwości. Trener Dziewulski przekonuje, że zespół będzie mieć jeszcze z „Cichego” spory pożytek. – To świetny człowiek, kiedy do nas trafiał po pięciu minutach rozmowy czułem, że będzie do nas pasował. Znakomity charakter do piłki, umiejętności – wszystko za nim przemawiało. Po pierwszym urazie walczył jak lew, by wrócić do grania. Inspirował swoją postawą cały zespół. Tym również pokazywał swoją wartość. Warto na niego czekać. To wojownik, który kontuzję traktuje jak przeszkodę do przeskoczenia. Od razu obiecywał że wróci i będzie silniejszy. Takim ludziom trzeba dawać wsparcie. Z tym charakterem po powrocie do gry może jeszcze sporo w futbolu zwojować – przewiduje szkoleniowiec „Cidrów”.

Póki co 25-latek wracając do zdrowia może być dumny z boiskowej postawy kolegów. Ruch jest rewelacją jesieni, długo liderował tabeli i wygrywał mecz za meczem. – Na pewno czułem wtedy wielką radość, bo nigdy nie byłem w klubie z taką serią. Z drugiej strony… myślę sobie, że w sumie nie przyłożyłem do tego ręki. Mam nadzieję, że w przyszłej rundzie – już ze mną na boisku – uda się jeszcze poprawić tamtą passę. Gra się po to, żeby wygrywać, więc nie ma innego celu w szatni jak tylko mierzyć w najwyższe cele – przekonuje Cichecki.
————————————-
Kibicu! Jeżeli chcesz mieć realny wpływ na rozwój naszego klubu – jest to możliwe. Przedstawiamy wam klubowego Patronite.pl za pośrednictwem, którego możecie wspierać nas w codziennym funkcjonowaniu: https://patronite.pl/ruchradzionkow